Life in Poland during WW2

March 26, 2018

 

I was born in a palace in Ziemnice, county Leszno, in Greater Poland, but my birth certificate is at the registry office in Krzywiń, where my father used to trade at the village market.

 

At the time when I was born, my father was a keeper of the palace in Ziemnice. It was a large estate used as a sanatorium for the blind; they came there for holiday every year. The palace had two or even three stories. There was a large garden, a park, some galleries, flowers, lakes. It was a beautiful place; people liked to stay there.

 

There were a lot of activities, too. My father played instruments: an accordion, some violins, some flutes, what else. He organized dances on Saturdays. He’d play the music and the guests would be dancing.

 

It was like that until the war.

 

During the partitions, these lands belonged to Prussia, which is now Germany. After 1918, when Poland was unified, the Germans still owned many estates in this area. The landowner near where we were was Herr Heydebrand. Somehow, at some point, my father agreed to work for him and in 1940 we moved to Berdychów where my father worked on some lakes. He had four workers.

 

At some point, one of these workers became a volksdeutsche. In Nazi Germany, volksdeutsche was what they called pure Germans; people who were superior, though not necessarily born German. This man, he thought he was better than everyone; he was entitled. He demanded things; eventually, he started informing.

 

There wasn’t much we could do. German officials were going door-to-door looking for people to turn to their side. They came to us and said we should become volksdeutsche. They were doing that because they needed more people for battle. At the time, anyone of age would be called to front; my brothers were already of age; they would have taken them. My father wouldn’t allow that. He refused to be a volksdeutsche.

 

That’s when they took us away for labour. I was ten. We had a big privilege that they came with a platform and they packed everything we had, all the furniture, everything, and they took us to Germany with what we had. We didn’t have to go very far; they took us to a village called Łysiny, 19km from Leszno; then, it belonged to Nazi Germany.

 

We had to work on an estate. We were very privileged because we got a flat: two rooms and a kitchen. Somehow, we were able to make all our furniture fit. We had a little garden and I raised rabbits. There were many rabbits; I looked after them well, so we had enough meat.

 

As labour, we were given different tasks. My sister used as a servant. My brother was put in the fields; he worked with horses; there were very few tractors back then.

 

I would go into the fields with mum. Nearby there was a forest; in the summer, I’d go berry picking. There were so many berries that in two or three hours I would have enough to fill a two-litre churn. In the autumn, there were mushrooms; there were so many of them, so many different kinds; picking them was a lot of work.

 

Everyone else had to work in the winter, too, but I didn’t. I’d stay in the house and cook. Mum would tell me how before leaving for the day and I would stay and make a meal for the family.

 

Father refused to work. He was privileged. At some point in his life, he worked in Westphalia. During the partitions, he lived on German territory and then, just like now, you could go to different places after work; he worked for a German mine.

 

During the first war, he was in the German army. He fought on the Franco-German front, where he was shot. The bullet went through; he had these huge wounds. He didn’t limp; he could walk just fine, but he was in a lot of pain. He said he couldn’t work.

 

Father had two sisters who lived in Germany; they were married to Germans. After we’d been taken, his sisters wrote letters to authorities to help make sure my father didn’t have to work.

 

Father had all these instruments and, when we were taken, he packed them, too. When we were in Germany, he played a lot. We feared that the Germans would come and take them away, but, when they tried, father said they weren’t his.

 

He said that his instruments were German and that they belonged to his German nephews. He said the boys were fighting on the front and that the instruments were put in his custody. He said musical instruments need to be played, otherwise they get ruined, and that he was gong to play them for as long as it took for the boys to come back. He played and the Germans let him be.

 

At the time, everything Polish was forbidden. We weren’t even allowed to speak Polish at home, though we did. As kids, when we walked down the road to a show in a nearby village, we would speak Polish and if a German gendarme overheard us, he would stop and hit. I was once hit in the face.

 

When we were labouring in the fields, we had a supervisor. He was supposed to make sure we didn’t speak Polish. When he heard us speak Polish, he’d shout, but then, in the end, he’d speak Polish, too. 

 

For a year before we were taken, I went to a German school. I didn’t learn much. I only went back to school after the war, but, in the meantime, mum made me study at home. I would read the prayer book our lour every day. There were no other books back then and there was no other learning; there was only labour.

 

When the war was over, the Germans took all the horses and ran away. There were no horses left for us, so, to get back home, we took an oxcart. We packed all our things and we were on our way.

 

Before we left, father asked two gendarmes what to do in case that other, the one who lived in our home, didn’t want to leave. They said that war was over, the other had give us our home back; they said that if he caused any trouble, father should get in touch. They gave him contact details and we were on our way.

 

The other, he didn’t cause any trouble. When we got there, he just packed and left. We moved back in and, as a family, we still live there. My brother’s son lives there now.

 

Shorty thereafter, Łysiny also returned to Poland.

Tadeusz Jankowski is an avid cyclist and a harmonica player.

 

Urodziłem się w pałacu w Ziemnicach, powiat Leszno, województwo poznańskie. Moje dokumenty urodzenia są w Krzywiniu, gdzie mój ojciec sprzedawał ryby.

 

Ojciec pochodził z okolic Jarocina. Był rybakiem. Niedaleko Dolska, w miejscowości Pierzyń, dzierżawił jeziora. Zanim poznał moją mamę, miał dwie żony. Pierwsza zmarła, ale z nią nie miał dzieci. Druga też zmarła, ale mieli dwoje dzieci: dwie dziewczyny, jednego chłopaka. Moja mama była z Dolska. Ojciec z nią jakoś kontakt chwycił, pobrali się i mieli dwóch synów. 

 

W Ziemnicach ojciec zarządzał dużym pałacem, w którym było sanatorium dla inwalidów ociemniałych. Co roku przyjeżdżali na wczasy. Pałac miał dwa czy nawet trzy piętra, duży ogród, park, ganki, kwiatki, jeziora. Dziadek grał na instrumentach; miał bandonię, skrzypce, flety, co jeszcze. Co sobotę organizował potańcówki dla ociemniałych. On grał a oni się bawili. Tak mieszkaliśmy do wojny.

 

W czasie zaborów te tereny należały do Niemiec. Po zaborach, Niemcy nadal byli właścicielami wielu majątków. W okolicy Osiecznej, właścicielem był Herr Heydebrand. Jakoś tak wyszło, że ojciec zgodził się u niego pracować i w 1940 przenieśliśmy się do Berdychowa. Tam ojciec miał czterech pracowników i jeden z nich zrobił się volksdeutschem. Zaczął się upominać i donosić, bo mu się wydawało, że mu się należy. W tym samym czasie, Niemcy przychodzili i chcieli, żeby się ludzie robili volksdeutschami. Jak się kto zrobił volksdeutschem, to, jak mógł, był powoływany na front. Moi bracia byli w wieku wojskowym; ojciec odmówił.

 

Miałem dziesięć lat jak nas wywieźli do Niemiec. Mieliśmy taki przywilej, że przyjechał traktor z przyczepami, spakowali nas z meblami, ze wszystkim, no i zabrali do Niemiec. To było 19km od Leszna, miejscowość Łysiny; wtedy to byly Niemcy.

 

Byliśmy na majątku. Przywilej mieliśmy dobry, bo mieliśmy dwa pokoje z kuchnią. Meble nam się jakoś pomieściły. Mieliśmy ogródek i ja hodowałem króliki. Dużo ich było; dobrze się chowały; mięso było.

 

Na robotę to chodziłem z mamą na pole, głównie do zbieractwa. Niedaleko był las i latem też jeździłem zbierać jagody. Było ich tak dużo, że w dwie czy trzy godziny nazbierałem dwulitrową kankę. Jesienią były grzyby. Zimą nie chodziłem. Zimą mama chodziła, a ja byłem w domu i gotowałem. Mama mi mówiła co i jak, a ja gotowałem.

 

Cala rodzina byla na robotach. Jedna siostra poszła na służącą. Brat poszedł w pole. Końmi robił. Wtedy nie było za dużo traktorów.

 

Ojciec powiedział, że na Niemca nie będzie robił. On chorował i tak zakombinował, że nie musiał. Miał przywilej. Zanim ojciec się ożenił, pracował w Westfalii. W czasie zaborów, mieszkał na terenie niemieckim i wtedy to było tak jak teraz – wolny kraj, można było jechać za pracą. Ojciec pracował w kopalni; dobrze zarabiał. W czasie pierwszej wojny został powołany do wojska z Niemiec. Był na froncie niemiecko-francuskim. Tam został postrzelony w nogi. Bolały go te nogi. Przestrzały było widać; były dosyć duże. Nie kulał, był w pełni sprawny, ale pewnie dzięki temu dali mu spokój.

 

Dwie siostry ojca też mieszkały w Niemczech; wyszły za Niemców. Obie pisały, żeby się za nim wstawić. Ojciec miał ze sobą te wszystkie instrumenty. Jak Niemcy chcieli zabrać, to ojciec powiedział, że to nie jego, tylko od siostry, niemieckie. Mówił, że siostrzeńcy są na froncie, w wojsku niemieckim, i że siostra instrumenty przysłała, żeby o nie dbać. Na instrumencie trzeba grać, inaczej się niszczy. I tak ojciec grał. Nic mu nie zabrali. Ze wszystkim wróciliśmy do Polski.

 

W domu, przez cała wojnę, mówiliśmy po polsku. Ogólnie to nie było wolno. Jak jako dzieciaki szliśmy drogą i rozmawialiśmy po polsku, to jak jechał żandarm niemiecki, to się zatrzymywał i dawał po pysku. Raz tak szliśmy do innej wioski do sklepu i też tak dostałem. Żandarm jak słyszał polski to zaraz stawał i bił. Na polu niby też był włodarz co nas pilnował, żeby nie rozmawiać po polsku, ale jak słyszał polski to czasem pokrzyczał i potem sam mówił po polsku.

 

Zanim nas wywieźli, przez rok chodziłem do niemieckiej szkoły, ale niewiele się nauczyłem. Potem do szkoły wróciłem dopiero po wojnie. W domu, mama mnie zmuszała do nauki. Uczyłem się z książeczki do nabożeństwa. Innych książek nie było, więc musiałem czytać tę książeczkę do nabożeństwa co wieczór, na głos. Poza tym nauki nie było; była robota.

 

W 1945, wojna się skończyła i Niemcy zabrali konie i pouciekali. My wzięliśmy wóz i dwa woły i tymi wołami z powrotem, do domu. Ojciec zapytał władz wojennych co zrobić jak tamten, co mieszka na naszym nie będzie chciał pójść. Oni dali dane i powiedzieli, że tamten musi opuścić, a jak nie będzie chciał, to mamy się kontaktować. Jak dotarliśmy, tamten nie robił żadnego problemu. Spakował się i opuścił. My się wprowadziliśmy i rodzina nadal tam mieszka. Teraz to mojego brata syn został.

 

Łysiny po wojnie też wróciły do Polski.

Please reload

Our Recent Posts

Let's go and find out!

March 18, 2020

What startups need to know about diversity

February 12, 2020

No shortcut to being human

June 28, 2019

1/1
Please reload

Tags

Please reload

 

Zuzanna Fiminska | Project Neighbours

Oxford, England, UK